Za furtką szumią stare jabłonie. Ich gałęzie uginają się pod owocami, ale nikt nie ma już siły ich zbierać. Ścieżka prowadzi do małego domku z cegły i betonu, przykrytego falistą blachą. Domek miał być kiedyś letniskowy, miejscem odpoczynku. Z czasem stał się jedynym adresem czteroosobowej rodziny spod Gniezna.
Dziś to nie oaza, lecz pułapka.
---
?Wybór: lek czy chleb?
- Kiedyś marzyłam o tym, żeby mieć własny ogród i dom. Ale człowiek nie marzy o chorobach - mówi pani Magdalena, 50-letnia właścicielka działkowego domu. Mówi cicho, jakby każdy oddech sprawiał jej wysiłek. - Codziennie wybieram: kupić chleb czy tabletki. Nie da się mieć obu.
Obok siedzi pan Jarosław, jej mąż. Jeszcze niedawno potrafił majsterkować, teraz ledwo chodzi. Po zawale lekarz przepisał mu silne leki, ale na większość z nich brakuje pieniędzy.
Z nimi mieszkają dorosłe dzieci: syn i córka, oboje z dziecięcym porażeniem mózgowym. Oprócz ograniczeń ruchowych cierpią także na padaczkę. - Ataki przychodzą nagle. Czasami w nocy, czasami na środku kuchni. A ja wtedy nawet nie mam siły zadzwonić po karetkę - opowiada matka.
---
Imielno - wieś, w której czas stoi w miejscu
Imielno leży kilkanaście kilometrów od Gniezna. Dla turysty - piękne okolice: pola, lasy, ptaki. Dla mieszkańców ogródków działkowych - odcięcie od świata. Do sklepu kilka kilometrów, do apteki jeszcze dalej. Nie mają samochodu, nie mają też sił, by pieszo pokonywać te trasy.
Największym paradoksem jest to, że dom na działkach był kiedyś powodem dumy. - Zbudowaliśmy go własnymi rękami. Każda cegła była odkładana ze skromnych zarobków. To miał być nasz mały raj - wspomina pan Jarosław.
Dziś, gdy zdrowie zawiodło, własnoręcznie postawione mury nie chronią już przed samotnością.
---
Choroba, która zabrała nadzieję
Jeszcze do niedawna radzili sobie sami. Nie prosili o pomoc. - Miałam dumę, wiesz? Człowiek myślał, że jakoś da radę - przyznaje pani Magdalena.
Wszystko zmieniło się tej zimy. Lekarze znaleźli u niej podejrzenie nowotworu. Wtedy okazało się, że rodzina balansuje na krawędzi. Choroba matki, która dotąd była filarem, spowodowała lawinę: brak możliwości chodzenia po urzędach, brak dokumentów do zasiłków, brak pieniędzy na lekarstwa.
- To jak domino - mówi sąsiadka, pani Katarzyna. - Jedno się przewróciło, a za nim kolejne.
---
Sąsiedzka ręka zamiast państwa
Pani Katarzyna to profesor z Poznania, która ma ogródek obok. Początkowo wpadała tu tylko w weekendy. Potem zaczęła coraz częściej, bo widziała, w jakim stanie jest rodzina. - Oni bez pomocy nie przetrwają.
To ona dzwoniła do urzędów, pisała wnioski, nagłaśniała sprawę. To ona też woziła im zakupy, bo inaczej jedliby suchy chleb. - Kiedy w urzędzie powiedziałam, że jeśli nic się nie zmieni, zimą znajdą tu cztery ciała, usłyszałam, że przesadzam - mówi gorzko.
---
Urzędowe procedury kontra codzienność
GOPS w Łubowie twierdzi, że reagował. - Przyznaliśmy zasiłek celowy, skierowanie po paczki żywnościowe - tłumaczy kierowniczka ośrodka.
Problem w tym, że paczki trzeba było odebrać w Gnieźnie. - Pojechałam. Trzy dni później wylądowałam na SOR-ze. Ale urzędniczka powiedziała: "przecież daliśmy paczkę"- opowiada pani Magdalena.
Tak wygląda system. Dla urzędu - procedura, dla rodziny - dodatkowe cierpienie.
---
Codzienność na działkach
Rano w domu jest cicho. Pani Magdalena parzy herbatę z torebki. Czasem uda się zdobyć kilka kromek chleba i margarynę. Obiad to zwykle ziemniaki albo makaron. Mięso pojawia się tylko wtedy, gdy przywiezie je pani Katarzyna.
Dzieci siedzą w swoim pokoju, jedno ogląda telewizję, drugie rysuje. - Oni mają swoje światy - mówi matka. - Ale potrzebują leków, terapii, rozmowy z psychologiem. A my nawet nie możemy ich dowieźć do lekarza.
W rogu stoi stara lodówka. W środku - mleko, margaryna i słoik ogórków. To całe zapasy na tydzień.
---
Dlaczego oni? Dlaczego sami?
To pytanie wraca w rozmowach z mieszkańcami Imielna. - Jak to możliwe, że w XXI wieku ktoś żyje tak blisko nas i nikt nic nie robi? - pyta sąsiadka
Eksperci nie mają wątpliwości: problem jest systemowy. - W Polsce opieka społeczna działa dopiero wtedy, gdy ktoś krzyczy bardzo głośno. A najczęściej krzyczeć nie mają siły ci, którzy są w najgorszej sytuacji - mówi socjolog z Uniwersytetu Adama Mickiewicza.
---
"To nasze miejsce"
Czy rodzina chciałaby się przeprowadzić? - Nie. To jest nasze miejsce - odpowiada pani Magdalena bez wahania. - Tu każdy krzak i każda deska mają historię. Ja się tu czuję u siebie, nawet jeśli bieda jest wielka.
Ten dom jest dla nich nie tylko budynkiem, ale też dowodem na to, że kiedyś potrafili coś zbudować. Nawet jeśli dziś to wszystko sypie się w rękach.
Gmina obiecała realne wsparcie: transport taksówką, pomoc prawną, wizyty socjalne. - Zareagujemy natychmiast - zapowiedział wójt.
Czy to wystarczy? - Nie wiem - mówi pani Katarzyna. - Ale wiem, że jeśli znowu zostaną sami, to ta historia skończy się tragicznie.
W polskich ogródkach działkowych mieszka dziś tysiące ludzi. Niektórzy z wyboru, inni - z konieczności. Część z nich żyje jak rodzina z Imielna: na granicy ubóstwa, na granicy wytrzymałości.
Ten reportaż nie ma łatwej puenty. Bo dopóki system będzie działał tylko "na papierze", a nie w realnym życiu, takich historii będzie więcej
Całość reportażu Uwagi TVN znajdziecie
tutaj
Jesli chcecie wesprzeć rodzinę można zrobić to TUTAJ